św. lekarz - Giuseppe Moscati

Święty Lekarz - Giuseppe Moscati (1880-1927)

Pod koniec października 1987 roku kończył się w Rzymie Synod Generalny Biskupów, na którym przez prawie dwa miesiące dyskutowano na temat "powołania i misji osób świeckich w Kościele i w świecie".

Zanim biskupi wyjechali z Rzymu - chociaż nie było jeszcze podsumowania - Papież postanowił, w sposób pośredni, ale bogaty w znaczenie, zainterweniować, dając za przykład postać i działalność pewnego chrześcijanina, dokładniej - człowieka świeckiego.

Na wstępie uroczystości kanonizacyjnej powiedział tak:

"Człowiek, którego dzisiaj ogłosimy Świętym Kościoła powszechnego, jawi się nam jako konkretne spełnienie ideału chrześcijanina świeckiego. Giuseppe Moscati - lekarz, ordynator oddziału szpitalnego, wybitny naukowiec, docent uniwersytetu w dziedzinie fizjologii człowieka i chemii fizjologicznej..."

Uparcie myśli się, na przykład, że mógłby stać się świętym jakiś pielęgniarz, jeśli poświęci się na sposób "misyjny" i z niestrudzonym miłosierdziem służbie swoim chorym, jeśli przyjmie cierpienia zadawane mu przez kolegów i samych chorych, jeśli jest w stanie utrzymać w sobie czyste i dobre serce w obliczu kąśliwych uwag otoczenia oraz codziennego zmęczenia.

Ale jak może stać się świętym jakiś "ordynator" (posiadający władzę), kierownik katedry uniwersyteckiej, ze wszystkimi swoimi kongresami, przewodnictwem w konkursach, chmarą studentów i troską o publikacje, wspaniały diagnosta rozchwytywany na konsultacje we Włoszech i za granicą.
W tym wypadku budzi się conajmniej zdziwienie, jak mógł tego dokonać i czy jest możliwe naśladowanie go.

Trzeba uczyć się od "świętego" zgodności tego, co robił zawodowo, z jego życiem.

Jan Paweł II, kanonizując Moscatiego, nie powiedział osobom świeckim, żeby na pierwszym miejscu uczyli się jego cnoty moralnej, lecz aby uczyli się przemyślenia własnego powołania: "Kościół stawiając nam przed oczami postać Jednego wyniesionego do chwały ołtarzy... mówi wszystkim świeckim: rozważcie wasze powołanie!".

Giuseppe Moscati urodził się w 1880 roku w Benewento.

Dzieciństwo i młodość spędził zupełnie normalnie, w prawdziwie chrześcijańskiej rodzinie, w której nie brakowało przygód: krótko po tym, jak Giuseppe zapisał się na uniwersytet, nagle umiera ojciec; kilka lat później, jako następstwo długiej choroby, umiera, mający dopiero 32 lata, brat. Kariera lekarska trwała 24 lata. Umiera w roku 1927 mając zaledwie czterdzieści siedem lat.

W roku 1903 zwycięża w konkursie na starszego asystenta Szpitala Zjednoczenia w Neapolu. Podczas wybuchu Wezuwiusza została mu powierzona odpowiedzialność za szpital Torre del Greco, do którego, ryzykując własnym życiem, przeniósł chorych.

W 1908 roku jest asystentem w Instytucie Kliniki Fizjologii.

W 1911 zostaje zastępcą ordynatora w Szpitalu Zjednoczenia, zwyciężając w konkursie, w którym, ponieważ był on oczekiwany od trzydziestu lat, brali udział najbardziej wykształceni lekarze i docenci z południa. Moscati był najmłodszy i zwyciężył pokonując dwu przyszłych dyrektorów kliniki uniwersyteckiej. Został mianowany członkiem senatu Akademii Medycznej. W tym samym roku otrzymuje docenturę z chemii fizjologicznej i przez ponad dwanaście lat zajmuje się w szpitalu dydaktyką.

W 1919 roku dostaje nominację na ordynatora III Sali Nieuleczalnie Chorych.

W 1922 roku powołana przez Ministra Oświaty specjalna komisja nadaje mu tytuł docenta nauk ogólnoklinicznych.

W 1923 roku zostaje wydelegowany jako przedstawiciel państwa włoskiego na Międzynarodowy Kongres Fizjologii w Edynburgu.

Chcieliśmy przytoczyć pokrótce przebieg jego kariery zawodowej żeby umożliwić zapoznanie się - poprzez przedstawienie dat, tytułów i specjalizacji - z życiem gęsto i rozumnie wypełnionym osiągnięciami, o których, nawet w innej formie i ukierunkowaniu, śni niejeden student medycyny. Dodajmy jedynie, że - gdyby Moscati tylko chciał - Wydział Medyczny w Neapolu był gotów ofiarować mu katedrę w Klinice Fizjologii.

W podobny sposób możemy przedstawić wykaz tytułów jego publikacji naukowych: od tematu pracy dyplomowej, ocenianej jako godnej opublikowania, która nosiła tytuł "Urogeneza wątrobowa", do ostatnich dwóch artykułów napisanych dla Riforma Medica (czasopisma, którego był redaktorem wydań w językach: angielskim, niemieckim, francuskim i hiszpańskim): pierwszego noszącego tytuł: "O tak zwanym antagonizmie pomiędzy nadnerczami i trzustką", drugiego: "Drogi limfatyczne z jelit do płuc".

W czym jednak wyrażała się u Moscatiego, dojrzałość szczególnej świętości?

Musimy przede wszystkim pomyśleć o czasach , w których żył. Dobrze opisuje to jeden z jego biografów:

"Postać Moscatiego winna być zobrazowana w klimacie kultury zdominowanej przez pozytywizm, "Sługa Boży żył w tym czasie, w którym z powodu laicyzmu, jak się powszechnie mówi, masa ludzi została oderwana od Kościoła, wiarę oddzielono i postawiono w opozycji do nauki.

Zacznijmy więc od tych bardziej fascynujących wspomnień.

Wspaniale jawił się Moscati pomiędzy kolegami, jako człowiek zupełnie nie przywiązujący wagi do pieniędzy. Oto znamienne świadectwo pewnego lekarza, który często obserwował go w czasie wykonywania obowiązków zawodowych:

"On, który lubił widzieć w chorych bolesną postać Chrystusa, nie chciał przyjmować pieniędzy i każdą ofertę w widoczny sposób boleśnie przeżywał.

Jeśli badał osoby bogate i dobrze sytuowane, oczywiście przyjmował należną zapłatę, ale jego niepokój - przed samym sobą i przed Bogiem - budziła obawa, by nigdy nie stać się wyzyskiwaczem."

Oto jeden z listów adresowanych do żony pewnego pacjenta:

"Szanowna Pani, zwracam część honorarium, ponieważ wydaje mi się, że dała mi Pani za dużo. Oczywiście, od innych, którzy byliby rekinami, wziąłbym więcej, ale od ludzi pracy, nie. Mam nadzieję, że Bóg da radość wyzdrowienia Pani mężowi. Proszę uważać, żeby nie oddalał się od Boga i uczęszczał do źródła zdrowia (Komunii Świętej). Pozdrawiam Panią. G. Moscati".

Pewnego razu był kilkakrotnie proszony do piętnastoletniego chorego chłopca. Zajmował się nim, aż ten zupełnie wyzdrowiał. Kiedy zakończył kurację, otrzymał kopertę z honorarium; otworzył ją po przyjściu do domu i wówczas spostrzegł, że jest w niej - znaczna wówczas sumę - tysiąc lirów. Widziano go, jak szybko zawrócił, wbiegł po schodach i trzymając nerwowo kopertę rzekł te słowa:

"Albo jesteście głupcami albo uważacie mnie za złodzieja".

Rodzice myśleli, że znakomity profesor jest niezadowolony z powodu zbyt małej zapłaty i zakłopotany ojciec chłopca wyjął następny banknot tysiąclirowy. Ale profesor nie tylko zdenerwowany odrzucił tą nową ofertę, lecz otworzywszy portfel, zwrócił osiemset lirów dodając, że dwieście aż nadto wystarczy, po czym poszedł stamtąd całkiem zadowolony, pozostawiając w osłupieniu będące tam osoby.

Jeśli bogaci zabiegali o niego z powodu sławy dobrego diagnosty, biedni nie mieli śmiałości prosić, bo wiedzieli, że mógłby nie zażądać honorarium albo po prostu sam mógłby im dać pieniądze. W najbardziej trudnej sytuacji materialnej posuwał się aż do wkładania kilku banknotów między recepty, albo pod poduszkę pacjenta, u którego wyczuwał ciężką sytuację finansową, szczególnie, kiedy spostrzegł, że choroba powstała na skutek niedożywienia.

Czasami takich ludzi osobiście zabezpieczał w lekarstwa, które przepisywał albo płacił za pobyt w szpitalu za tych, którzy nie mieli takiej możliwości.

Pewnego dnia, jeden z jego kolegów, który towarzyszył mu w czasie jednej z wizyt zauważył, że jego brak przywiązania do pieniędzy wprawia wszystkich w zakłopotanie, ale odpowiedź, którą dał w tej sprawie był aż nadto wyrazista:

"Wybacz, Józek: jeśli jakaś matka płacze z powodu choroby swego dziecka, jak ty możesz przychodzić do mnie, by mi mówić o pieniądzach!"

Można go było wzywać nawet do dzielnic cieszących się złą sławą, zaułków, gdzie niebezpiecznie było ryzykować samemu, do tych ciemnych korytarzy, gdzie zmuszony był wchodzić ze świecą - nie odmawiał nigdy. Jeśli ostrzegano go, odpowiadał: "Nie powinno się bać, gdy się idzie czynić dobro."

W domu Moscatiego, siostra, która opiekowała się domem, brała wszystkie jego pobory i zarządzała nimi w taki sposób, aby zabezpieczyć godne życie, przeznaczając resztę dla potrzebujących. Profesor wracając z wizyt przynosił adresy biednych rodzin, które tam spotkał, przekazywał je siostrze i prosił o zajęcie się nimi.

Jest to jeden z wielu podobnych epizodów świadczonego dobra.

Był pewien staruszek, biedny i samotny, który onego czasu był kompozytorem piosenek. Sytuacja jego była krytyczna, jeśli nie tragiczna, i mogła w sposób nagły jeszcze pogorszyć się. Potrzebował codziennej kontroli, ale Moscati nie mógł mu jej zagwarantować, ponieważ był zajęty pracą w szpitalu. Zrobił więc tak: każdego ranka staruszek spotykał się z nim w kawiarni przy drodze, którą Moscati szedł do szpitala i jadł biszkopty oraz pił szklankę mleka (wszystko, oczywiście, na rachunek profesora). Profesor przechodząc, zaglądał do środka, sprawdzając czy jest obecny, uśmiechał się do niego i wychodził z pośpiechem. Jeżeli któregoś ranka nie zastawał go, rozumiał, że musi szybko go odwiedzić w jego ruderze, aby udzielić mu pomocy.

Opowiadania można by mnożyć, ale nie możemy zapominać, że miłosierdzie Moscatiego nie było działalnością dobroczynną kogoś cichego, lecz lekarza cieszącego się dużym prestiżem, będącego pod ciągłym nawałem stresującej pracy, rozrywanego przez liczne zajęcia. We wszystkim przejawiał postawę chrześcijańską i nigdy nie uchylał się od niesienia pomocy proszącym go najbiedniejszym.

Temu, kto pytał go, jak jest w stanie to wszystko wytrzymać, odpowiadał w prosty sposób:

"Kto przyjmuje Komunię Świętą każdego ranka, ma ze sobą ładunek energii, który nie ulega wyczerpaniu."

O jego umiejętnościach jako lekarza możemy zaświadczyć, wspominając spotkanie ze wspaniałym tenorem Enrico Caruso. Powrócił on do rodzinnego Neapolu po krwotoku, który wystąpił w czasie koncertu w Nowym Jorku. Był badany w najlepszych klinikach w Ameryce, podobnie w Rzymie, i nikt nie był w stanie postawić właściwej diagnozy. W końcu udał się do Moscatiego. Było już jednak zbyt późno i pozostały mu jedynie dwa miesiące życia, a neapolitański lekarz podejrzewał, że chodzi o ropień podpowięziowy.

Wszyscy musieli później przyznać jemu rację, chociaż już nic nie mogło to pomóc czterdziestoośmioletniemu tenorowi, który wyjechał z Neapolu jako biedak, a powrócił w 1921 roku z majątkiem szacowanym na ponad pięćdziesiąt milionów ówczesnych lirów. Nie przydały mu się medyczne umiejętności Moscatiego, lecz jego wiara. Nie zawahał się wypomnieć artyście, że konsultował się u wszystkich lekarzy, lecz nie u Jezusa Chrystusa.

Tenor odrzekł jemu: "Profesorze, niech pan robi, co trzeba".

Moscati zatroszczył się o to, żeby szybko udzielono choremu ostatnich sakramentów i po bratersku towarzyszył mu aż do końca.

Powróćmy teraz do jego sławy jako lekarza.

Jego osiągnięcia diagnostyczne - zaświadcza jeden z kolegów - wprawiały w osłupienie zarówno uczniów, jak i mistrzów.

Wystarczy powiedzieć, że był uznawany przez wszystkich za mistrza mistrzów. Medycynę wykładał bezpośrednio przy łóżku chorego ("studentów pierwszego roku również traktował jako 'kolegów' i ich także pytał o zdanie w sprawie pacjentów").

Zwykł mówić:

"Przy chorym nie ma hierarchii. Wszyscy przychodzimy tutaj, żeby nauczyć się być: dyrektorem, asystentem, adiunktem; wszyscy przy łóżku chorego jesteśmy równi, ponieważ chory dla wszystkich jest otwartą księgą natury". Lekcja była później kontynuowana w amfiteatrze anatomicznym.

Instytut anatomii był wówczas w stanie upadku: nikt nie chciał się tym zajmować, więc Moscati bez specjalnego wynagrodzenia przejął opiekę nad "organizacją i racjonalnym jego funkcjonowaniem". Nad wejściem znajdowało się motto umieszczone tam kiedyś przez założyciela, na które nikt zbytnio nie zwracał uwagi: "Hic est locus ubi mors gaudet succurrere vitam" , "Oto jest miejsce, w którym śmierć raduje się, że może przyjść z pomocą życiu".

Moscati zawiesił na ścianie piękny krzyż i dał umieścić napis: "O mors ero mors tua", "O śmierci, będę twoją śmiercią!" Tym przyrzeczeniem Zmartwychwstania, Moscati zrehabilitował owo miejsce nazywane przez wszystkich: "niezdrowym, szpetnym, ograniczonym, przygnębiającym".

Kiedy wchodziła grupa studentów i otaczała profesora, przez chwilę spoglądał na krzyż i wszyscy spostrzegali, że najpierw modlił się w ciszy, a następnie rozpoczynał sekcję, zawsze dodając krótką i wyrazistą uwagę: "Tutaj kończy się pycha ludzka! oto czym jesteśmy! jakże pouczająca jest śmierć!" Albo wskazując na nieboszczyka, powiadał: "Kiedyś był on naszym pacjentem, dziś widzimy niektóre należące do niego organy... Jeśli wy, młodzi, od czasu do czasu zastanowilibyście się nad śmiercią, bylibyście znacznie lepsi".

Uczniowie, którzy codziennie otaczali Moscatiego, darzyli go najwyższym szacunkiem, a wielu towarzyszyło mu aż do domu, kontynuując podczas drogi dyskusję i zadając pytania. Jeden z nich, poruszony, przytoczył scenę z Neapolu (prawie "rodzinną"): "Przeprowadzali go procesyjnie jakby był jakimś świętym". Prawie wszyscy kończyli niedzielny spacer w jego towarzystwie na Mszy Świętej.

Opowiadał pewien ksiądz:

"W czasie wspólnej podróży tramwajem przepełnionym ludźmi, w którym zapłacił także za mój bilet, zapytany przeze mnie, o czymże rozmyśla, odpowiedział: O Bogu, ojcze, o niebie!"

"Kochać Boga bezgraniczną miłością, nawet w bólu"; jest to maksyma, która wyrażała jednocześnie zarówno jego posłannictwo jako chrześcijańskiego lekarza, jak i spojrzenie, jakim obejmował chorych. Mimo że czasy ówczesne i środowisko wcale nie były łatwe.

Oto niektóre świadectwa spisane w czasie procesu beatyfikacyjnego:

Moscati żył w środowisku zdominowanym przez lekarzy o zdeklarowanej przynależności masońskiej i otwartej orientacji materialistycznej. Wiedział on o tym bardzo dobrze. Co więcej, gdy w grę wchodziła prawda i prawość, przedstawiał je bez ogródek.

"Wszyscy wiedzieli - powiada jeden ze świadków - że profesor Moscati był jak ksiądz i walka wytoczona przeciw niemu przez lekarzy masonów i przez innych kolegów materialistów nie powodowała jego osłabienia... Powiedział mi: Co mnie oni obchodzą? Troszczę się o to jak podobać się Bogu."

Zresztą zobaczymy pokrótce, że wyznawanie wiary przez Moscatiego było jawne w sposób prawie nie do zniesienia, tak, że dziś byłby krytykowany również przez najbardziej pobożnych i prawowiernych.

W procesach kanonicznych, podczas których postawy są drobiazgowo analizowane i oceniane, powtarzało się pytanie kościelnego sędziego (czasem nawet bardzo ukryte): "Czy Moscati był religijnym maniakiem?". "Nie - odpowiadają wszyscy świadkowie - był zrównoważony, uważny, pełen szacunku". Swoją drogą, była w jego medycznej profesji, a także konsekwentnie w działaniu, pewna nadzwyczajna idea.

Problem polegał na tym, że Moscati był całkowicie przekonany, iż lekarz nie powinien wyłącznie zajmować się zdrowiem ciała pacjenta, lecz również troszczyć się o potrzeby jego rodziny, w jakimkolwiek aspekcie można by je rozważać.

Z tego powodu przypisywano mu miłosierną postawę względem tych wszystkich potrzeb, o których mówiliśmy. Z tą samą niezaprzeczalną logiką brał pod uwagę jako priorytety sprawy duchowe pacjentów, jak i troskę o ich dusze.

Wyraźmy to całkiem jasno. Mówi jeden ze świadków: "Chorzy wiedzieli, że aby być leczonym przez Moscatiego, trzeba było uczęszczać do sakramentów". I dalej:

"Wszystkich chorych pytał, czy są w stanie łaski Bożej, czy uczęszczają do sakramentów, czy są w zgodzie z własnym sumieniem. Słowem, leczył najpierw dusze, a następnie ciała tych, którzy zgłaszali się do niego".

Moscati utrzymywał, że w szpitalu "posłannictwem wszystkich" - sióstr zakonnych, pielęgniarzy, lekarzy - jest "współpraca z Bożym Miłosierdziem".

Wyrażenia w rodzaju "niech się pan wyspowiada", "proszę poddać się działaniu łaski Boga", "powierzcie się Panu", "pomyślcie o duszy nieśmiertelnej", "Bóg jest panem życia i śmierci" - pojawiały się jako pierwsze, a po nich zalecenia "zdrowotne". Moscati dawał je swoim pacjentom, przede wszystkim wtedy, gdy zorientował się, że ich życie jest w niebezpieczeństwie i w niebezpieczeństwie jest ich wieczne zbawienie. Jest faktem, że kiedy je używał, były akceptowane i wielu pacjentów było im posłusznych.

Pewnemu wspaniałemu mediolańskiemu adwokatowi, po tym, jak postawił diagnozę odnośnie jego stanu zdrowia, wysłał list, w którym wskazał mu w mieście imię pewnego księdza, polecając w nim, "aby zawarł pokój z Bogiem, ponieważ od lat był od niego z daleka, gdyż w przeciwnym wypadku nie będzie w stanie wyleczyć jego ciała".

Innemu, który wydawał się nie reagować na leczenie, po miesięcznej kuracji spokojnie powiedział: "Dlatego, że nie był pan u spowiedzi, nie wyzdrowieje pan. Bóg w taki sposób panu o tym przypomina".

Temu, kto dziwił się jego stylowi, tak to tłumaczył:

"Jest to mój nawyk mówienia do chorych o innych sprawach niż ciało, ponieważ oni mają również duszę... Tak zwana psychoanaliza Freuda jest rodzajem leczenia; czymże jest psychoanaliza? Jest to spowiedź przed lekarzem dla uchwycenia sedna zalegających myśli. To jest dobre dla krajów protestanckich, gdzie nie ma spowiedzi. My natomiast mamy katolicką spowiedź."

Pewnemu młodemu człowiekowi, którego najgorszą chorobą zdawał się być prawie całkowity brak kręgosłupa, dał receptę, na której napisał: "Leczenie Eucharystią".

W wielu listach widzi się, jak profesor wpajał te zasady swoim uczniom:

"Macie, w swoim posłannictwie zawierzonym Opatrzności, pamiętać, że wasi chorzy przede wszystkim mają duszę, do której musicie umieć zbliżyć się, i którą musicie przybliżyć do Boga; pamiętajcie, że macie zobowiązanie miłości w waszym gabinecie, gdyż tylko w ten sposób możecie wypełnić wielki mandat niesienia pomocy w nieszczęściu. Nauka i wiara! (16 lipca 1926 roku).

Trzeba dobitnie przypomnieć, że Moscati nie robił z siebie uzdrowiciela, albo świętoszka: pracował jako lekarz i profesję swoją wykonywał perfekcyjnie, lecz był jednocześnie świadomy, że ma przed sobą przede wszystkim nieśmiertelną duszę.

Nigdy, troszcząc się o sprawy duchowe, nie zaniedbywał ciała. Pewnej siostrze zakonnej, która chciała oddalić się dla jakiegoś świątobliwego zajęcia w czasie godzin pracy, ostro odpowiedział:

"Siostro! Bogu służy się pracując."

Innej zacnej pani, która zaniedbywała swoje leczenie, mówiąc, że wystarczy modlić się, rzekł:

"Dla pani duszy ważniejsze jest wykonanie jednego zastrzyku leczącego chorobę niż odmawianie wielu modlitw."

Cała osobowość Moscatiego ujawniła się na oczach wszystkich jego kolegów, a także nieprzyjaciół, w pewnym wspaniałym epizodzie, który zdarzył się w Neapolu w tamtych lata.

Był luty 1927 roku (dwa miesiące przed śmiercią Moscatiego, której nikt nie przewidywał). Do miasta przybył, aby wystąpić w czasie pewnego kongresu medycznego, wspaniały profesor Leonardo Bianchi. Był on kierownikiem katedry Psychiatrii i Neurochirurgii, najpierw w Palermo, a następnie w Neapolu. Potem był ministrem oświaty, dalej ministrem obrony i wiceprzewodniczącym Izby Deputowanych. W wieku 75 lat opublikował książkę "Mechanika mózgu". Ponadto był jednym z bardziej znanych masonów. Zaledwie kilka lat wcześniej prowadził publiczną konferencję skierowaną przeciw Jezusowi Chrystusowi.

Siedemdziesięcioośmioletni profesor przemawiał w pewnej auli wypełnionej lekarzami i docentami. W pewnej chwili, gdy podniosły się oklaski, osunął się na ziemię. Byli tam obecni lekarze specjaliści z różnych dziedzin i wszyscy, łącznie z Moscatim, podeszli do niego aby udzielić pomocy. Ale posłuchajmy bezpośredniego świadectwa świętego:

"Nie chciałem jechać na tą konferencję, ponieważ na dłuższy czas musiałbym oddalić się z Uniwersytetu. Jednak tego dnia jakaś nadludzka siła , której nie byłem się w stanie oprzeć, popchnęła mnie tam... Stało się to, o czym mówi przypowieść z Ewangelii, że zaproszeni o jedenastej i o pierwszej godzinie dnia otrzymają taką samą zapłatę. Jeszcze do tej pory czuję na sobie to spojrzenie (umierającego), które szuka mnie między wielu przybyłymi uczonymi... Leonardo Bianchi był dobrze zorientowany w moich uczuciach religijnych. Znał mnie od czasu, gdy byłem studentem. Podbiegłem blisko do niego, podpowiedziałem mu słowa żalu i wiary, podczas gdy on ściskał mi dłoń, ponieważ nie mógł mówić..."

Spróbujmy wyobrazić sobie, w tym okresie masonerię, która była wówczas na Uniwersytecie w Neapolu. Niebywałe było wejście księdza z sakramentami (zawołanego przez Moscatiego), ale równie niebywała była scena, w której stary mason umierający w ramionach najbardziej świętego z lekarzy wypowiada w jasny sposób akty żalu i wiary.

Taki był Moscati.

Żyjemy w okresie, w którym my, chrześcijanie, stajemy się bardzo zdolni do "rozdzielania": naturalnego i nadnaturalnego, kościoła i świata, wiary i rozumu, objawienia i nauki, ewangelizacji i promocji ludzkiej, "teraz i jeszcze nie", jedności i pluralizmu itd. I tak oto, od czasu do czasu, Bóg decyduje się na ofiarowanie nam przykładów takich chrześcijan w całościowej "formie chrześcijańskiej”.

Tutaj możemy jedynie wyliczyć w punktach "wykonaną formę", w jakiej Moscati pozwolił się prowadzić i edukować.

1. Być powołanym do istnienia i być powołanym do pewnego zadania powinno dla chrześcijanina stanowić jedną sprawę, podobnie jak to było w przypadku Jezusa, w którym "ja" zawierało się całkowicie w "zostać posłanym" od Ojca, po to aby pełnić w sposób całkowity Jego wolę. Często natomiast te dwa "powołania" (do istnienia i do wypełnienia posłannictwa) pozostają dwoma oddzielonymi od siebie światami, które usiłują z trudem być przynajmniej powiązanymi między sobą.

Moscati miał łaskę czucia i życia powołaniem lekarskim w sposób zupełnie wyrazisty, w sensie zadania dla swojej egzystencji i okrywało ono całkowicie całe jego "ja" oraz egzystencję.

2. Egzystencją i posłannictwem chrześcijanina jest przede wszystkim uczucie do Chrystusa, osobiste przylgnięcie do Niego jako żywej Osoby.

Nikt, patrząc na życie i dzieła Moscatiego, nie może wątpić, że osobiście i zdecydowanie kochał Chrystusa.

Jeden ze świadków przekazał:

"Zapytałem pewnego razu dlaczego nie chciał przyjąć ofiarowanego mu przez bogatego chorego honorarium. Chory ten wpadł w ciężki stan, a był wielkim grzesznikiem, odpowiedział mi wtedy: 'Nawrócę go'."

Według Moscatiego, trzeba spełniać dzieła miłosierdzia w wymiarze "podwójnym", w sposób kompletny i dla całościowego przepowiadania Chrystusa, żeby działanie to nie przerodziło się w błędną dobroczynność, którą wysługują się przede wszystkim ci, którzy chcą utwierdzać samych siebie i świat w odrzucaniu Chrystusa.

3. Wzajemny wpływ, poprzez który to, co naturalne przelewa się w sposób "naturalny" w to, co nadnaturalne, a nadnaturalne "nadnaturalnie" otwiera się na to, co naturalne.

Z punktu widzenia sztuki medycznej można powiedzieć, że jego zdolności zawodowe były niewiarygodnie wielkie. I to w dwu aspektach. Z jednej strony wydawało się, że wiara (patrzeć na chorego na sposób chrześcijański) ubogacała jego już znaczące umiejętności diagnostyczne, sprawiała wrażenie "odgadywania", "widzenia" chorób cielesnych, odczytywania ich ze znaków niewidzialnych, które wprawiały w osłupienie jego kolegów. Z drugiej strony tak przenikliwa intuicja schodziła tak głęboko, że diagnozował on także choroby duszy.

Jan Paweł II powiedział w czasie kanonizacji, że był on "pionierem humanizacji medycyny, podnoszonej dzisiaj jako koniecznego warunku dla odnowienia uwagi i opieki względem tych, którzy cierpią".

"Miłosierdzie" Moscatiego pozwoliło mu dostrzec jedność pacjenta i w pacjencie i powodowało, że twardo domagał się dla chorego takiej godności.

Protestował przeciw "dekretom, które czynią ludzkie ciało towarem na sprzedaż", dla których "chorzy są wydrukowanymi tytułami na giełdzie". Pisze w pewnej recenzji: "Ból winien być traktowany nie jako rodzaj wibracji albo kurczu mięśni, lecz jako krzyk duszy, na który ktoś po bratersku, lekarz, nadbiega z gorącą miłością i miłosierdziem."

W liście pełnym pochwał dla jednego z uczniów, lekarza, który opuszczał go, aby podjąć pierwszą prace , Moscati pozostawił mu w spadku taką myśl:

"Nie nauka, lecz miłosierdzie przemieniło świat...

W czasie, gdy w Wielki Czwartek w roku 1927, poprzez ulice Neapolu rozwijał się ogromną rzeszą uczonych, studentów i prostych ludzi, kondukt pogrzebowy, pewien staruszek zbliżył się do stolika ustawionego w sieni domu Moscatiego i w książce kondolencyjnej napisał drżącą ręką:

"Opłakujemy go, ponieważ, świat utracił świętego, Neapol - przykład wszelkiej cnoty, a biedni chorzy stracili wszystko."